S.A. Nilus – Epizod z życia Starca Pustelni Optyńskiej, hieroschimnicha Ojca Ambrożego

Fragment dzieła Sergiusza Nilusa „Wielikoje w małom”, I tom Dzieł Zebranych, Moskwa, Pałomnik, 2005, str. 313-322.

S.A. Nilus – Epizod z życia Starca Pustelni Optyńskiej, hieroschimnicha Ojca Ambrożego

“Przemija postać świata tego”, ale “sprawiedliwy na wieki żyw będzie”. Od sarowskiego Starca, nie zważając na niemal wiek odległości czasowej między nimi, myśl mimochodem przenosi się do innej świętej osoby, współczesnej nam [tzn. pokoleniu autora – przyp.tłum.] – ojca Ambrożego Optyńskiego. 10 października 1901 roku minęło dziesięciolecie od momentu odejścia tego natchnionego przez Boga Starca. Czyż istnieje takie prawosławne serce, które na dźwięk tego drogiego imienia nie zabije szybciej od napływu słodkiego uczucia miłości, napełnionej pobożną bojaźnią? Czyż są takie prawosławne usta, które nie wyszeptają przy tym świętym wspomnieniu cichej modlitwy do Boga za błogosławionego Starca [św. Ambroży był kanonizowany dopiero w 1988 roku – przyp.tłum.] oraz do Starca, przebywającego na wysokościach jego wiecznego mieszkania, z zaufaniem do jego orędownictwa za grzeszny świat przed Strasznym Tronem Najwyższego?

* * *

Z ciężkich, nisko płynących chmur lał deszcz, wiał październikowy, jesienny wiatr, gdy wielotysięczny tłum ludzi naprzeróżniejszego pochodzenia i statusu, “sierot batiuszki Ambrosima” (jak nazywał go prosty sercem, ale mocny wiarą lud) odprowadzał jego prochy z żeńskiego Monasteru Szamordino [Jest znamienne, że począwszy od ojca Serafina, wszyscy nasi wielcy Starcy, nasze filary Prawosławia, zakładali monastery żeńskie – tak uczynił o. Ambroży, o. Jan Kronsztadzki, o. Barnaba z Czernihowskiej Pustelni, o. Gerasim z Pustelni Tichonowej – przyp. aut.] na miejsce jego ostatniego odpoczynku – do Pustelni Optyńskiej. Lecz ani deszcz, ani wiatr, panujące na całej, liczącej piętnaście wiorst drodze, nie mogły, czy wręcz nie śmiały zagasić świec, płonących na niesionej na ramionach trumnie.
Jakąż radością spełnionej miłości i wiary wypełnione były wtedy tysiące “sierocych” serc!
Jesienna niepogoda współczesnej apostazji nie zagasi tego jaśniejącego światła, którym w cudowny sposób promieniowało duchowe oblicze sługi Bożego!
Nie znałem batiuszki osobiście. Serce, otumanione troskami ludzkimi, ogłupiałe od radości i uciech światowych, nie odczuwało potrzeby oświecenia duchowego. Ciemność przyjmowało za światłość, wiara zdawała się przesądem, nadęty pychą umysł, zatruty świadectwami dojrzałości i wyższego wykształcenia, oddawał cześć jedynie idolom, patentowanym ludzkim poczuciem wyższości, idolom, którym przyjęto oddawać pokłon w wykształconym stadzie ludzkim: gdzie tam mu było do mnichów i to będących mnichami jeszcze od wieku szkolnego!
Wiele bym teraz dał za wykreślenie z życia tych dziesięciu lat, żeby spojrzeć choć kątem oka, żeby choć przez jeden krótki dzionek zastać w tym życiu tego podwiżnika, który tyle ludzkich łez otarł swoją słabą, starczą lecz bezgranicznie miłującą ręką!

* * *

W tej okolicy, w której obecnie mieszkam, mieszka również wysoko wykształcona rodzina z miejscowej szlachty-ziemiaństwa, rodowitych pochodzeniem i wedle wiary – dobrych prawosławnych chrześcijan. Niewielu takich jest jeszcze w naszym kraju, na wielkie nieszczęście dla Prawosławnej Rusi!
Rodzina ta, za życia ojca Ambrożego, korzystała z jego duchowego kierownictwa.
Od głowy tej miłej rodziny słyszałem poniższą opowieść o Starcu, która nigdy dotąd nie była publikowana drukiem. Przekazuję wedle słów autora opowieści.

“Za życia ojca Ambrożego ja i moja rodzina korzystaliśmy wypełnionymi łaską Bożą radami świętego Starca. Dwa razy do roku, czasami częściej, z powodu potrzeby bądź żeby po prostu przeżyć radość spotkania, sam albo z żoną, czy z wszystkimi dziećmi i mieszkańcami domu, jeździliśmy do Optiny i za każdym razem wracaliśmy stamtąd dosłownie uskrzydleni i oświeceni przez miłość Starca i jego mądre, napełnione łaską Bożą słowa. Po jego zaś odejściu, które opłakaliśmy gorzkimi łzami, ciągnęło nas do tych miejsc, które były uświęcone jego pobytem na ziemi.
W czasie jednego z takich wyjazdów, już po śmierci batiuszki, natknąłem się w Optinie na jednego z niegdysiejszych gości batiuszki, z którym we wcześniejszych czasach niejednokrotnie spotykałem się w jego celi. Zaczęliśmy obydwaj, jak to zawsze bywa, wspominać drogą nam przeszłość, wspomnieliśmy również, między innymi, pewne przypadki prozorliwości [jasnowidzenia – przyp.tłum.] naszego wspólnego ojca duchowego. Mój rozmówca, malarz ikon, który miał w Kozielsku [powiatowe miasto Guberni Kałuskiej. W odległości trzech wiorst od niego znajduje się Pustelnia Optyńska – przyp. aut.] pracownię pisania ikon, często, czy wręcz bez przerwy, pracował w świątyniach Pustelni Optyńskiej i dlatego miał szczególne szczęście cały czas widywać się z niezapomnianym Starcem.
– Wielką miał Starzec prozorliwość, i wielu ludzi wybawiła ona od gorzkich łez – z westchnieniem z powodu napływających wspomnień powiedział mój rozmówca – ochraniała ona przed  katastrofą, można powiedzieć, że przestępców wyrywała ze szponów diabelskich. A przecież w jak bardzo ukryty sposób czynił to Starzec, bywało, że coś się dzieje nie wiadomo, dlaczego, czemu on coś robi, lub w jakim kierunku prowadzi romowę, a potem dopiero widzisz i – o! – ujawnia się działanie łaski Bożej, i to jakiej!…
Przytrafiła mi się taka historia, że dopiero teraz, dopiero w trzy lata po odejściu Starca, w swojej ciemnocie zrozumiałem to wydarzenie, a z powodu mojej grzeszności pewnie do teraz osądzałbym Starca!
Bardzo mnie to zainteresowało:
– Proszę opowiedzieć, co to za historia?

II.

– Za pańską uprzejmością! Nie była to mała rzecz i niemałą rzeczą się skończyła – a mianowicie zbawieniem, proszę sobie wyobrazić, czterech dusz chrześcijańskich!
Niedługo przed odejściem Starca, lat pewnie ze dwa, wypadł mi wyjazd do Optinej po pieniądze: robiliśmy tam ikonostas i miałem otrzymać od przełożonego za tę robotę dość dużą sumę pieniędzy. Otrzymałem pieniądze, a przed wyjazdem zaszedłem do ojca Ambrożego po błogosławieństwo na drogę powrotną. Spieszyłem sie do domu – następnego dnia miałem otrzymać duże zamówienie, na jakieś dziesięc tysięcy – i klienci z całą pewnością mieli być u mnie w Kozielsku następnego dnia.
Ludzi tego dnia u Starca było, jak zwykle, zatrzęsienie. Czy to dowiedział się jakoś o mnie, że na niego czekam, czy co – ale przekazał mi przez swojego kielejnika, żebym wstąpił do niego wieczorem na herbatę.
Chociaż musiałem się spieszyć do domu, to jednak zaszczyt i radość przebywania u Starca, wspólnego picia herbaty, były tak wielkie, że postanowiłem odłożyć wyjazd do wieczora, z całkowitą pewnością, że zdążę na czas do Kozielska i nie minę się z klientami. Nadszedł wieczór, poszedłem do Starca. Starzec był jakiś taki wesoły, jakiś taki radosny, że poczułem się, jakbym był na niebie. Przytrzymał mnie batiuszka, nasz anioł, dość długo – już zaczęło się ściemniać – a na koniec mi mówi:
– No, to idź z Bogiem! Nocuj u mnie, jutro błogosławię iść na służbę, a po służbie – wpadnij do mnie na herbatę!
“Jak to tak!” – myślę… No ale nie śmiałem Starcu zaprzeczać. Przenocowałem, byłem na służbie, poszedłem do Starca na herbatę, a sam już przeżywam z powodu moich klientów i cały czas myślę: a nuż, kto wie, zdążę choć na wieczór do Kozielska… Nie może być inaczej…! Wypiliśmy herbatę. Chcę w końcu powiedzieć do Starca: “pobłogosławcie, Ojcze, na wyjazd do domu” – ale on nawet słowa nie dał mi powiedzieć:
– Przyjdź – mówi – dzisiaj do mnie, przenocujesz!
Dosłownie nogi mi zmiękły, ale nie śmiem zaprzeczać, sam pan wie, jakie my, dzieci duchowe, mieliśmy wobec niego posłuszeństwo!

III.

Minął dzień, minęła noc. Na drugi dzień nabrałem już trochę śmiałości i myślę: było nie było, dzisiaj jadę – a nuż klienci poczekali na mnie przez ten dzień… A gdzie tam! Starzec nie dał mi nawet ust otworzyć:
– Idź – powiada – dzisiaj na wieczorną służbę, a jutro – na liturgię! I dzisiaj znowu nocuj u mnie!
A to co za historia?… Tutaj to już zupełnie się zmartwiłem i, prawdę mówiąc, zgrzeszyłem przeciwko Starcowi: ależ prozorliwiec! Tak, jakby nie wiedział, że teraz, przez jego łaskawość, straciłem świetne zamówienie! I tak byłem na Starca zdenerwowany, że teraz nie jestem nawet w stanie tego opowiedzieć. Całkiem już nie do modlitwy mi było tym razem na służbie – cały czas w głowie pulsuje: o, masz swojego starca! Masz prozorliwca!… Przeleciał ci koło nosa twój zarobek!
Ach, jak mi wtedy było przykro!
A mój Starzec, jak na złość, ale właśnie tak – wybacz mi, Boże – jakby kpiąc ze mnie, z wielką radością spotyka mnie po służbie wieczorem! A mi się zrobiło gorzko, boleśnie, myślę sobie: a cóż to on się tak cieszy?… Ale bólu swojego nie śmiałem przed Starcem wypowiedzieć.
No więc przenocowałem w taki sam sposób trzecią noc. Przez noc mój ból trochę przycichł: cóż, nie wróci się, co było, to minęło!… Nazajutrz przychodzę po liturgii do Starca, a on mi mówi:
– No, teraz juz pora tobie do domu. Idź z Bogiem. Niech Cię Bóg błogosławi! A potem nie zapomnij Bogu podziękować!…
I w tym momencie opuściło mnie wszelkie zmartwienie. Wyjechałem sobie z Optinej, a na sercu jakoś tak lekko i tak radośnie, że nie można nawet tego wyrazić… Tylko – po co to batiuszka powiedział: “a potem nie zapomnij Bogu podziękować?”… Pewnie za to, że Bóg trzy dni pod rząd dał mi łaskę być w cerkwi… Jadę do domu bez pośpiechu i o swoich klientach w ogóle nie myślę: taką miałem radość z tego powodu, że batiuszka tak łaskawie mnie potraktował.
Przyjeżdżam ci ja do domu – i jak pan myśli?… Wchodzę przez bramę, a klienci zaraz za mną: okazało się, że wbrew umowie spóźnili się o trzy doby!
Myślę sobie: “Ach, ty mój staruszku łaski pełny! No już naprawdę – dziwne dzieła Twoje, Boże!”
Dobry miałem wtedy zarobek dzięki tym klientom. Można by tak do końca świata pracować!
Jednakże nie był to koniec całej tej historii. Proszę tylko posłuchać, co było dalej!

IV.

Od tego wydarzenia minęło niemało czasu. Umarł nasz ojciec Ambroży. Dwa lata po jego sprawiedliwym zaśnięciu zachorował mój starszy mistrz. Był to mój prawdziwie zaufany człowiek i nie zwykły pracownik – a złoto! Mieszkał u mnie bez przerwy pewnie więcej, niż z dwadzieścia lat. Otóż zachorował i ma umierać. Posłaliśmy po kapłana, żeby mógł się wyspowiadać i przyjąć Najświętsze Tajemnice – póki jest jeszcze świadomy. Ale patrzę – a od umierającego kapłan idzie prosto do mnie i mówi:
– Chory woła pana do siebie, chce się z panem widzieć. Tylko proszę się pospieszyć – żeby zdążył przed śmiercią!
Przychodzę do chorego, a on, jak tylko mnie zobaczył, podniósł się nieco na łokciach, spojrzał na mnie – i jak nie zapłacze!
– Przebacz mi mój grzech, gospodarzu! Przecież ja cię chciałem zabić!…
– Co ty wygadujesz, Bóg z tobą, bredzisz chyba!…
– Nie, gospodarzu, naprawdę chciałem zabić!… Pamiętasz, jak trzy dni spóźniłeś się z Optinej do domu? A przecież wtedy trzech nas było i z mojej namowy przez trzy noce czekaliśmy na ciebie na drodze pod mostem, pozazdrościliśmy ci pieniędzy za ikonostas, które wiozłeś z Optinej! Nie miałbyś szans przeżyć, ale Bóg dzięki czyimś modlitwom ochronił się przed śmiercią bez pokajania! Wybacz mi, potępionemu, wybacz w imię Boże, odpuść, w imię Chrystusowe, moją duszę z pokojem!…
– Niech ci Bóg wybaczy, jak i ja wybaczam!
W tym momencie mój chory zacharczał i zaczął umierać. Królestwo Niebieskie daruj mu, o Boże! Wielki miał grzech, ale równie wielkie przyniósł pokajanie!…

– Taki właśnie, wielki, panie dobrodzieju, był Starzec Boży! Po ilu latach wyszła na jaw jego prozorliwość! Oto, dlaczego był taki radosny i jaśniejący, gdy zatrzymywał mnie w Optinej: zbawiał wtedy cztery dusze – mnie od przedwczesnej śmierci bez pokajania, a moich morderców od wiecznego potępienia!”
Zarówno mój rozmówca, jak i ja, wzruszeni, poruszeni do głębi duszy, przeżegnaliśmy się pobożnie i z cichą modlitwą zatopiliśmy się we wspomnienia o duchowym pięknie oblicza tego posłańca z niebios na pełną boleści, grzeszną ziemię, którym przez całe swoje pełne trudu i cierpienia życie, był Starzec optyński, ojciec Ambroży.

Nasze czasy – to czasy wszlekich cudów i znaków. Jak z rogu obfitości sypią się “cuda” spirytyzmu, hipnotyzmu, manteizmu, promieni “x”, radu i innych zjawisk nieznanego jeszcze świata nowych odkryć.
Duch czasu, którym jest “książę tego świata” obficie wydziela środki na ogłupienie zaślepionej przez niego ludzkości: w swoim zaślepieniu myśli ona, że “robi swoje”, zaś te “cuda” i “znaki” usiłuje przeciwstawić cudom i znakom sług Bożych, podwiżników Chrystusowych.
Na próżno!
“Każde dobre drzewo przynosi owoc dobry – po owocach go poznacie!”. A gdzież dobro płynące  z cudów i znaków współczesnej fałszywej nauki?! Wszystko to pustka i widmo, za którym stoi ludzkie nieszczęście. Czyż nie staje się ono z roku na rok coraz większe? Czyż nie dochodzi ono już do męczeństwa?

17 września 1901

Reklamy

, , , ,

%d blogerów lubi to: