S.A. Nilus – Jeden ze współczesnych cudów Przepodobnego Sergiusza

Fragment dzieła „Wielikoje w małom” S.A. Nilusa. Źródło: Dzieła Zebrane, tom I, str.str. 68-75, Wyd. Pałomnik, Moskwa, 2005. Słowo „współczesny” w tytule oznacza oczywiście czasy S.A. Nilusa, czyli początek XX wieku. 

 

S.A. Nilus – Jeden ze współczesnych cudów Przepodobnego Sergiusza

Głoś słowo, nalegaj, w porę i nie w porę.
2 Tym 4,2

W tych okolicach, w których w ciągu ostatnich piętnastu lat miałem okazję mieszkać i działać, poznałem pewną wysoko postawioną osobę, pochodzenia polskiego, która zajmowała eksponowane stanowisko w administracji i zarządzaniu ogromną rządową instytucją w miejscowej guberni. Osoba ta, teraz już na emeryturze, wciąż cieszy się dobrym zdrowiem, lecz nie mam pozwolenia na ujawnienie jej personaliów. Jednakże – nie o nazwisko tu chodzi. W związku z tym, że oświadczenie złożone mi przez te osobę cechuje się szczerością i pełną wiarygodnością zeznania świadka sądowego i to w dodatku w sprawie ogromnej wagi, to postaram się przekazać je w oryginalnej formie i – w miarę możliwości – słowami samego opowiadającego.
Osoba ta znała historię mojego nawrócenia z ciemności niewiary, które dokonało się przy relikwiach Przepodobnego Sergiusza. Pewnego razu jakoś nawiązała się między nami rozmowa o kwestiach wiary, o wierze w cuda świętych Bożych, które z takim uporem są ostatnio negowane. Ku mojemu zdziwieniu, mój rozmówca, wyznania nieprawosławnego, wyraził tak pobożny stosunek do pamięci o Przepodobnym Sergiuszu, że nie mogłem nie zainteresować się pochodzeniem takiego uczucia do tego świętego, który dla niego, jako dla Polaka, nie mógł być w jakiś szczególny sposób przyjemny, nawet jeśli wziąć pod uwagę same tylko fakty historyczne.

* * *

– Jeśli Pana ciekawi ta historia – zwrócił się do mnie – to pozwolę sobie ją opowiedzieć. Nigdy nie ukrywałem i nie ukrywam, nawet przed moimi współwyznawcami i rodakami, mojej wiary w tego wielkiego waszego prawosławnego Świętego. Chociaż z pochodzenia jestem Polakiem i umrę w wierze katolickiej, to jednak szanuję obrzędy i wiarę waszego Prawosławia tak samo, jak mojego katolicyzmu. Prawdę mówiąc, nie widzę między naszymi wyznaniami tej istotnej różnicy, która mogłaby te dwie grupy wierzących rozdzielić na dwa wrogie sobie obozy. Jeśli nawet jest wrogość, to według mnie – wynika ona nie tyle z wiary, ile z polityki. Powiem więcej: obrzędy wiary prawosławnej nawet bardziej przemawiają do mojej duszy, niż nasze, a już szczególnie lubię waszą Jutrznię Paschalną. Jednakże to wcale nie przeszkadza mi być wiernym synem mojego Kościoła. Zjednoczenie naszych wielkich Kościołów – to sprawa nieuchronnej przyszłości i to przyszłości wcale nieodległej, chociaż, jak każda przyszłość – znajduje się ona w rękach Bożych, zaś ludzie, jak mi się zdaje, na próżno usiłują swoimi własnymi środkami urzeczywistnić owo zjednoczenie. Tak, jak się kiedyś rozeszliśmy, tak samo się zejdziemy, na razie zaś, najwyrwaźniej, czas jeszcze do tego nie dojrzał; starajmy się więc w prostocie serca wierzyć w Zbawiciela naszego Jezusa Chrystusa, przed obliczem Którego “nie ma Greczyna, ani Żyda”…
Nie śmiem twierdzić, że moje słowa wyrażają poglądy i myśli całego katolicyzmu. Łatwo może się bowiem okazać, że moje umiarkowanie i tolerancja są w dużym stopniu wynikiem wpływu środowiska, w którym wychowywał się mój duch: a było to środowisko czysto rosyjskie, najpierw oficerskie, a potem już rodowite, ziemiańskie, prawosławne, z którego to środowiska pochodziła moja pierwsza żona. Ożeniłem się, gdy już pracowałem w starych instytucjach sądowych; ożeniłem się w tej miejscowości, w której byłem na służbie. Rodzina mojej żony i sama żona byli ludźmi głęboko wierzącymi i z niezachwianą wiernością trzymali się oni wszystkich zasad głoszonych przez Cerkiew Prawosławną i jej obrzędów.
W 1862 roku zostałem przeniesiony do Kostromy, do innego wydziału.
W tamtych czasach, do tej miejscowości, w której służyłem, nie docierał jeszcze pociąg i dlatego całą drogę musiałem przebyć wraz z żoną oraz moim bratem w powozie pocztowym. Droga zaś nie była krótka: do Moskwy bez mała dwieście wiorst i potem z Moskwy do Kostromy ponad czterysta. Przeprowadzka wypadła w największe upały i pył, w miesiącu czerwcu, albo lipcu.
Na miesiąc-dwa przed naszym wyjazdem zachorowałem na oczy. Początkowo nie zwróciłem na tę chorobę szczególnej uwagi, ale potęgujący się ból sprawił, że konieczna stała się interwencja ludzi nauki, o pomoc których zmuszony byłem prosić. “Ludzie nauki”, “nastroszywszy brody i zmarszczywszy czoła” zdiagnozowali jaglicę i oświadczyli, że choroba ta wymaga długiego oraz konsekwentnego leczenia, a także, że nawet mimo spełnienia tego warunku grożą mi paskudne następstwa, które same w sobie mogą pozostawić ślad na całe życie. Aby mnie uspokoić, nawypisywali mi wszelkich możliwych lekarstw i zabronili patrzeć na Boży świat… Lecz służba państwowa – to nie przytułek dla starców i dlatego, chcąc nie chcąc, musiałem, po dwóch miesiącach bezskutecznego leczenia, wyruszyć w daleką drogę na miejsce mojej nowej służby.
Upał i kurz były o tej porze roku nie do wytrzymania i stan moich chorych oczu pogorszył się do tego stopnia, że musiałem dosłownie wypełnić radę lekarzy, gdyż nie byłem w stanie patrzeć na światło. Oczy zaropiały całkowicie i mogłem patrzeć tylko wtedy, gdy żona przemyła mi je ciepłą wodą – ale nawet wtedy musiałem używać ciemnych okularów.
W takim stanie dotarliśmy do Monasteru św. Sergiusza, która, jak wiadomo, leży po drodze z Moskwy do Kostromy. Tamte dni bardzo wyraźnie zapisały mi się w pamięci i widzę je, jak gdyby to było całkiem niedawno. Było około godziny trzeciej i tamten dzień, tak, jak i wszystkie dni naszej podróży, był upalny i pełen kurzu. Moja żona, widząc moje zmęczenie, a także żywiąc zrozumiałe pragnienie pomodlenia sie przy relikwiach Przepodobnego, zaproponowała, żebyśmy zatrzymali się na dobę w Ławrze.
– Pomodlimy się razem – może Bóg dzięki modlitwom Swojego Świętego ześle ci uzdrowienie…
Zgodziłem się.
Zabiły dzwony na wieczernię. Żona przemyła mi oczy, ubrałem okulary i poszliśmy to tej świątyni, w której znajdują się relikwie przepodobnego Sergiusza. Idę wraz z żoną i pytam:
– Słuchaj, Maszeńka, a można tym przykryciem, które spoczywa na relikwiach, dotykać chorych oczu?
– A czemu nie? Oczywiście, że można! Ale ty pomódl się bardzo gorliwie do Świętego: przecież to wielki cudotwórca. Poprosimy, żeby po wieczerni odłużono do niego molebeń, a ty po molebniu, gdy podejdziesz do relikwii, potrzyj sobie oczy całunem.
– Czy ja będę umiał dobrze się pomodlić?!
Przez cała wieczernię stałem niczym kamienny posąg. Żadnej wiary, żadnego przypływu ciepłych uczuć. Żadne słowa modlitwy nie przychodziły do głowy. Serce miałem zimne jak lód. Stałem na służbie zupełnie rozproszony i w większym stopniu, niż na to pozwalał stan moich oczu, rozglądałem się po bokach, patrząc to na modlących się, to na wygląd świątyni.
Nagle ujrzałem po tej stronie, z której spoczywają relikwie, za stojącym przy nich hieromnichem, wielkie żelazne drzwi, a w nich dość duży otwór nieregularnej formy, jakby wybity, albo wręcz wyłamany czymś ciężkim. Otwór ten przyciągnął całą moja uwagę: już nic nie widziałem i nie słyszałem z tego, co się działo dokoła. Całkowicie pogrążyłem się w rozmyślaniach o tym otworze, zastanawiając się cóż to takiego mogło być, któż by mógł go zrobić i po co miałby niszczyć takie masywne drzwi.
Gdy wieczernia zbliżała sie do końca, nie wytrzymałem i nic nie mówiąc żonie, podszedłem do tych drzwi, aby z bliska obejrzeć otwór, który tak bardzo przyciągnął moją uwagę. Podchodzę bliżej i widzę pod otworem napis, wybity na żelaznych skrzydłach drzwi: “Otwór ten został wybity przez polską kulę w trakcie oblężenia Ławry Troicko-Siergiejewskiej przez Polaków w takim i takim roku”.
Poczułem się, jakby ktoś mnie uderzył obuchem po głowie. Nie może Pan sobie nawet wyobrazić, jaka burza wrażeń i wspomnień podniosła się w mojej duszy po przeczytaniu tego krótkiego napisu. Jak gdyby oświecony jakimś niespodziewanym światłem, nagle, w jednej chwili, przypomniałem sobie, że przecież ja jestem Polakiem! Katolikiem! Że w akcie nadania szlachectwa, wydanym przez polskich królów protoplaście mojej szlacheckiej rodziny wzmiankuje się, że ten mój przodek uczestniczył w wojnach Polski z Rosją! Że za szczególne zasługi, które miał dla wojska polskiego w latach 1600-tnych, został podniesiony do dziedzicznej godności szlacheckiej i że nadano mu starostwo noszące nazwę, od którego pochodzi moje nazwisko. Przypomniałęm sobie również to, że jako katolik jestem wrogiem Prawosławia i, w konsekwencji, jestem wrogiem prawosławnego świętego, a w każdym razie, że jestem potomkiem jego wroga, który onegdaj przelewał krew rosyjską; że być może jedną z tych zasług, które miał mój przodek przed wojskiem polskim była dokładnie wycelowana broń, która uczyniła świętokradczy wyłom w drzwiach, przy samej głowie Przepodobnego…
Pod napływem tych wrażeń czułem się, jakbym wyszedł z samego siebie.
W międzyczasie rozpoczął się molebeń. Podszedłem do relikwii Przepodobnego z ogromnym drżeniem, przerażony, ale jednocześnie z jakąś szczególną mocą, ze szczególnie podniesionym duchem i zacząłem ze śmiałością sie modlić, płacząć gorącymi łzami.
– O sługo Boży! – mówiłem jakby w jakimś przystępie szału – Przecież ty jesteś święty! W tobie nie może być wrogości! Ty przecież oddałeś życie za Chrystusa, Który na krzyżu modlił się za swoich wrogów i tak samo wybaczasz tym, którzy cię obrażają, albo obrażali, którzy bezcześcili twoją świętość, którzy przelewali krew twoich braci, twoich dzieci duchowych. Oto ja stoję przed twoimi świętymi relikwiami, twój wróg, wróg twojej Cerkwi, potomek najgorszego twojego wroga, stoję przed tobą i błagam o uzdrowienie mojej nieuleczalnej choroby: ty, święty Boży, musisz mnie uzdrowić, musisz usłyszeć, musisz wybaczyć! Bo w przeciwnym wypadku nie jesteś święty! Jeśli nie zapominasz obrazy ze strony wrogów, to nie jesteś Chrystusowy, ty, który uczyłeś czynić dobro tym, którzy nienawidzą i modlić się za tych, którzy przeklinają!…
Taka modlitwa wylewała się z przepełnionego mojego serca, rozpuszczana i skrapiana łzami wiary i pobożnej śmiałości przed sługą Bożym.
Molebeń dobiegł do końca, przyłożyłem się do relikwii Przepodobnego, przykryciem dotknąłem swoich chorych oczu i wraz z żoną oraz innymi wiernymi wyszedłem ze świątyni.
– Płakałeś w czasie modlitwy – powiedziała żona.
– Tak – odpowiedziałem – dobrze się pomodliłem!
Przy świetej studni żona dała mi świętej wody i omyła nią moje oczy, które w międzyczasie znowu zaropiały. Cud wyzdrowienia, którego tak pragnąłem w czasie molebnia, nie nastąpił. Przeżyłem rozczarowanie i znowu wpadłem w całkwitą obojętność religijną. Tego wieczoru pojechaliśmy jeszcze z żoną do leżącej w okolicach Ławry Betanii, a także byliśmy w innych miejscach; do domu pielgrzyma przy Ławrze wróciliśmy już dość późno.
Moje oczy były chyba w jeszcze gorszym stanie, niż przed przyjazdem do Ławry, ale nie narzekałem i z pokorą przestałem oczekiwać na cud.
Przed snem, już zasypiając, powiedziałem do żony:
– Maszeńka, jeśli chcesz jutro przed odjazdem iść ze mną na poranną liturgię, to nie zapomnij wstać odpowiednio wcześniej, żeby przemyć mi oczy. Przecież wiesz, że to trwa dłuższą chwilę. Zanim jeszcze podgrzejesz wodę…
Po tych słowach zasnąłem. Wczesnym rankiem obudziły mnie dźwięki z sąsiedniego pokoju – żona grzała wodę i kręciła się w pośpiechu, ubierając się na liturgię. Leżałem z zamkniętymi oczami, wiedząc z doświadczenia, że można je otworzyć tylko po dłuższym przemywaniu.
– Maszeńka, długo jeszcze?
– Już, mój miły, już idę!
Z tymi słowami żona podeszła do mnie, zamoczyła gąbkę w ciepłej wodzie, chcąc rozpocząć zwyczajowe przemywanie, złapała za powiekę, żeby ją podnieść… A tymczasem moje oczy otwarły się same, całkowicie zdrowe i czyste, jak gdyby nigdy nie cierpiały na straszną chorobę!…
Może pan sobie wyobrazić, jaka była nasza reakcja!…
Od tamtego czasu, przez całe moje życie, ani razu nie chorowałem na oczy, a kończę już siódmą dziesiątkę. Wyjechałem wtedy z Ławry, nikomu nic nie mówiąc o cudzie, który miał miejsce. Męczyło mnie to przez dłuższy czas, postanowiłem więc jeszcze raz odwiedzić Przepodobnego Sergiusza i opowiedzieć o cudzie przełożonym Ławry. Po dwóch, czy trzech latach byłem znowu w Monasterze i specjalnie w tym celu poszedłem do archimandryty, prosząc o zapisanie cudu, który się wydarzył.
– Cud, który się stał w pana przypadku – to tylko kropla w morzu cudów, które, dzięki łasce Bożej, płynie od relikwii Świętego. Nie da się wszystkiego opisać i zapisać. Dla uspokojenia pańskiej wdzięcznej duszy wystarczy już samo pragnienie, które mi pan wyjawił – tak odpowiedział mi archimandryta.
Po tych słowach odczułem spokój. Ale ciepłe wspomnienie o tym, co się stało, na całe moje życie pozostało żywe w mojej duszy. I myślę, czyż to nie ono właśnie wybawiało mnie zawsze od otchłani niewiary, która wciąga w siebie całą ludzkość?… Tak, nie może być inaczej, właśnie ono!
Stąd właśnie mam taką wiarę w Przepodobnego Sergiusza.
Przepodobny ojcze Sergiuszu, błagaj Boga za nas!

25 września 1901

Reklamy

, , , , ,

%d blogerów lubi to: