Męczeństwo św. i chwalebnego męczennika księcia Szałwy, rządcy achalcyskiego i zamordowanie przez Persów dziesięciu tysięcy Męczenników w mieście Tyflisie

Tekst z Pateryka Gruzińskiego, polecany wszystkim gorącym zwolennikom ekumenizmu z „miłującym pokój islamem”. Poczytajmy, jak owo umiłowanie przejawiało się w XIII wieku w Gruzji… Źródło: Michaił Sabinin, „Iwierskij Patierik”, Moskwa 2006, str.str. 647-662. 

            Święty i bohaterski męczennik Chrystusowy Szałwa pochodził z wysokiego i bogatego rodu książęcego. Wyróżniał się wieloma chrześcijańskimi cnotami. Jego odwaga i męstwo dobrze były znane św. błogosławionej królowej Tamarze Wielkiej. Jako sławny i oddany tronowi wódz był blisko jej dworu i został mianowany rządcą sławnego miasta Achalcych i całego okręgu achalcyskiego. Współrządcą tej ziemi św. królowa Tamara mianowała jego rodzonego brata Jana, który także był słynny ze swoich bohaterskich czynów. Szałwa, jak świadczą o tym kronikarze, został wyznaczony na naczelnego dowódcę wojsk w wojnie przeciwko tureckiemu sułtanowi Nokardinowi. Za pomocników otrzymał znamienitych wielmożów – Zachariasza Mchargrdzeli i jego brata Jana. Wraz z nimi Szałwa odniósł tak wspaniałe zwycięstwo nad mocnym i niebezpiecznym wrogiem, że przez cały okres panowania Tamary Wielkiej sułtan nie miał śmiałości nękać atakami jej ziemi, zaś królestwo gruzińskie zażywało niezmąconego spokoju i ciszy.

            Po śmierci Tamary Wielkiej w 1201 roku rządy w królestwie przeszły w ręce jej syna Jerzego Pięknego, któremu przekazała władzę jeszcze za swojego życia. Ale Jerzy nie rządził w Gruzji długo: umarł w wieku 29 lat, w 1211 roku. Wobec faktu małoletniości dzieci Jerzego, rządy królestwem przeszły w ręce jego rodzonej siostry, córki królowej Tamary, pięknej Rusudan (+ 1237).

            Książę Szałwa, niezależnie od wszystkich tych zmian, nadal pozostawał rządcą ziemi achalcyskiej. W tamtym czasie szach perski Dżelaldin, wypierany przez Dżingis-chana,  wtargnął w granice Królestwa Gruzji i Gruzja musiała drogo zapłacić za niedbalstwo swojej królowej. Królowa bowiem nie zatroszczyła się, za przykładem swej matki, o to, aby oddać rządy w ręce ludzi mądrych i sprawnych. Z wszystkich wybitnych ludzi, którzy służyli jeszcze przy królowej Tamarze, przy życiu pozostało bardzo niewielu, a i ci osiągnęli już lata głębokiej starości. Z bólem obserwowali to wszystko, co działo się przy dworze. Jedynie słynny Szałwa wraz ze swoim bratem Janem, niczym gwiazdy poranne, błyszczeli wciąż na zachodnich krańcach zbudowanego przez Tamarę królestwa.

            Dżelaldin, wyparty przez okrutnego Dżingis-chana ze swojego królestwa – Persji – zebrał swoje skarby, całą swoja rodzinę i z ogromnym mnóstwem ludzi przemieścił się na południowo-wschodnie tereny Armenii, ustępując w ten sposób miejsca barbarzyńskiemu najeźdźcy. Napadłszy w taki sposób na bogate prowincje, szach zniszczył je w straszliwy sposób, a następnie uderzył na bogate miasta – Dwini i Ani, w tamtym czasie znajdujące się pod rządami książąt Mchargrdzeli. Miasta te zostały bezlitośnie splądrowane ogniem i mieczem. Dopiero po tych wydarzeniach królowa zebrała wojsko pod dowództwem Jana Atabega-Mchargrdzelego, człowieka próżnego i pysznego, który w wyniku różnych nieporozumień, mających miejsce między nim i królową, zdradził naród i w ten sposób położył kres dobrobytowi Królestwa Gruzji. Armia ta była zebrana z różnych części królestwa, składała się z oddzielnych oddziałów pod komendą osobnych dowódców, zaś naczelnym wodzem był wspomniany książę Atabeg-Mchargrdzeli.

            Mchargrdzeli był w tajemnicy postrzyżony w stan mniszy, prowadził surowe, ascetyczne życie, ale mimo tak wysokiego swojego powołania oraz pozycji społecznej zdradził Cerkiew i naród.

            Armia gruzińska przekroczyła granicę Armenii i zatrzymała się przy miasteczku Garnisi, gdzie dzień wcześniej stanął obozem szach perski wraz ze swoim wojskiem i narodem. Atabeg ustawił poszczególne oddziały w szyku bojowym i przygotował się do bitwy. Oddział składający się z Meschów i Torelów, dowodzony przez księcia Szałwę i jego brata Jana stał na samym przedzie i jako pierwszy miał wejść do bitwy. Działo się tak z tego powodu, że Ziemia Achalcyska, rządzona przez Szałwę, leżała na drodze nieprzyjaciela jako pierwsza i wobec tego pierwsza musiała wytrzymać jego uderzenie. I rzeczywiście, oddział Szałwy jako pierwszy przystąpił do boju. Zaczęła się ciężka i zacięta bitwa, walka nie na życie, a na śmierć. Szałwa z bratem znajdowali się na samym czele i odważnie bili się z wrogiem.

            Gdy zwycięstwo zaczęło przechylać się na stronę Gruzinów, nastąpiła nieoczekiwana zdrada głównego wodza sił gruzińskich Jana Atabega Mchargrdzelego, która całkowicie zmieniła sytuację. Patrząc z dala z zazdrością na ogromne trudy, jakie ponosili w walce bracia, i oglądając przebieg bitwy, nie posyłał żadnej pomocy ich oddziałowi. Widząc jego obojętność, Szałwa i Jan trzykrotnie posyłali do niego prośbę o udzielenie pomocy – ich siły zaczęły bowiem wyraźnie słabnąć i Persowie uzyskiwali coraz większą przewagę. Atabeg jednak z obojętnością wysłuchiwał posłańców od Szałwy i nie udzielał żadnej odpowiedzi. Nie rozumiejąc postawy swojego wodza i widząc jego całkowitą obojętność wobec ich sytuacji, bohaterowie uznali, że lepiej paść na polu bitwy, niż odstąpić i zakończyć ją haniebną ucieczką.

            Bój osiągał apogeum. Wojujące strony całkowicie się zmieszały.

            Zdrajca Atabeg z obojętnością spoglądał na śmierć bohaterskich żołnierzy Szałwy. W końcu zostali oni zmuszeni do odstąpienia przed nieprzyjacielem, którzy przewyższał ich liczebnością i był cały czas wspomagany nowymi posiłkami. Szeregi gruzińskie coraz bardziej się przerzedzały: oto padł brat Szałwy, uderzony nieprzyjacielskim mieczem; pada koń Szałwy, pęka jego hełm, łamie się broń: Persowie go okrążają i biorą do niewoli. Oddział gruziński, który przez tak długi czas wytrzymywał napór wroga, teraz pozbawiony wodza, zaczął uciekać. Małoduszny Atabeg nie tylko nie przedsięwziął żadnych kroków, żeby zatrzymać uciekających żołnierzy, ale sam poszedł ich śladem wraz z całym pozostałym wojskiem.

            Po tej bitwie przed Dżelaldinem otwarła się cała Gruzja. Jednak szach nie spieszył się z jej zajęciem. Dopiero po półtora roku, w 1228 roku, zaczął natarcie na kwitnące miasto Tyflis (Tbilisi), niszcząc wszystko, co znajdowało się na jego drodze. Zanim się to jednak stało, bohaterski Szałwa, wzięty do niewoli przez Persów, został odprowadzony do obozu perskiego i przedstawiony Dżelaldinowi. Szach, poinformowany o wysokim pochodzeniu i męstwie więźnia, z wielką sympatią i bardzo łaskawie przyjął Szałwę, obsypując go swoimi łaskami. Oddał mu na własność wyspę na rzece w mieście Ardabani, nakazał mu przebywać przy swojej osobie i nieustannie obdarzał go swoją uwagą i zaszczytami.

            Ale niedługo bohaterski Szałwa doświadczał łaski szacha. Za swoje zaszczyty i łaski szach bowiem zażądał zbyt wysokiej ofiary – zażądał, aby Szałwa wyrzekł się Chrystusa i przyjął islam, na wypadek odmowy grożąc mu strasznymi torturami i męczarniami. Stało się to w rok po uwięzieniu Szałwy: szach wezwał go do siebie i zaproponował przyjęcie islamu, w nagrodę za co miał Szawła otrzymać wysokie stanowisko. Ale bohaterski Szałwa nie przyjął propozycji szacha i stawiając Chrystusa ponad wszystkie ziemskie zaszczyty, odpowiedział twardo: „Królu! Jeśli pragniesz, żebym ci służył jako żołnierz, to nie składaj mi propozycji, niczym głupcowi, żebym odszedł od Chrystusa! Nie godzi mi się tego nawet wysłuchiwać. Zaszczyty, bogactwa i wszystkie twoje obietnice są dla mnie wstrętne, skoro mają być zapłatą za porzucenie mojego Boga, Który jest Stwórcą wszechświata. Nie mogę odrzucić Tego, z Którym jestem nierozerwalnie związany prawem, obyczajami moich przodków i mojego kraju. Jeśli jestem ci potrzebny dla służby wojskowej, to pozwól mi swobodnie wyznawać wiarę moich przodków i nie zmuszaj mnie do przyjmowania waszego prawa. Ja żywię miłość do Władcy mojego Jezusa Chrystusa i jestem Jego żołnierzem. Dlatego wystarczy mi ubogiej odzieży dla pokrycia mego ciała, oraz samej wody i chleba dla umocnienia moich sił”.

            Usłyszawszy taką odpowiedź Dżelaldin wybuchnął gniewem i chciał natychmiast zabić bohaterskiego żołnierza Chrystusowego, ale po chwili, zapanowawszy nad sobą, postanowił nakłonić nieustraszonego wyznawcę do przejścia na swoja stronę i przymusić go do wyrzeczenia się Chrystusa. Szach przybrał łaskawy wygląd i zaczął opowiadać Szałwie o strasznych torturach i mękach, które oczekują go w przypadku odmowy przyjęcia islamu. Lecz Szałwa był spokojny i twardy, zachowywał głębokie milczenie, z rzadka tylko uśmiechając się na widok głupoty szacha.

            Gdy szach skończył, męczennik spokojnie powiedział: „O Dżelaldinie! Niech ci będzie wiadome, że ja nie wyznam innej wiary, jak tylko wiarę w Odwieczną i Nierozdzielną Trójcę. Nie pokładaj nadziei w tym, że omamisz mnie obietnicami dóbr ziemskich, albo przestraszysz mękami i torturami. Mam w tej chwili tylko jedno pragnienie: pójść do mojego Boga i oglądać chwałę Bożą oraz tylko jedno bogactwo: wieczną szczęśliwość na niebiosach. Dlatego nie przyjmę żadnych zaszczytów z rąk pozbawionych czci oszustów; nie pragnę także chwały żołnierskiej jako marnej chwały ludzkiej. Masz władzę rozporządzania moim ciałem, ale nie masz żadnej władzy nad moją duszą. Twoja broń nie może jej uczynić najmniejszej szkody. Również twój ogień nie jest mi straszny, gdyż płonie we mnie mocniejszy ogień, zapalony przez wcielonego Chrystusa. Powiem ci słowami Ignacego Bogonośca: że ja, na jego podobieństwo, płonę Boskim ogniem i napełniam się życiodajną wodą Boskiego pragnienia. I nie pragnę żadnych dóbr, oprócz Boskiego obrazu, wedle którego zostałem stworzony”.

            Usłyszawszy takie słowa męczennika szach wpadł w straszliwy gniew; czując się obrażonym nakazał zedrzeć z Szałwy oznaki wojskowe i całe jego ubranie. Okrutni kaci, niczym dzikie zwierzęta, rzucili się na odważnego bohatera, rozerwali jego suknię, a następnie zaczęli bezlitośnie bić go kijami, kopać nogami i nagiego włóczyli po ziemi. W czasie bicia męczennik z radością zawołał: „Raduj się, Szałwo! Wraz z odzieżą ściągasz z siebie starego człowieka i uwalniasz się od śmierci wiecznej. Cóż oddam Bogu za wszystko, co mi wyświadczył? (PS 115, 3). Sam Bóg wycierpiał obnażenie dla mojego zbawienia! Śmierć za Chrystusa będzie mi słodsza nad wszystko, co ziemskie, albowiem Chrystus również umarł za moje nieprawości! Iluż złoczyńców idzie na próżną śmierć z powodu swojej nieprawej wiary – czyż my mamy bać się śmierci za prawdę?”

            „Ileż to razy – kontynuował męczennik, zwracając się do siebie – ty, Szałwo byłeś w niebezpieczeństwie z powodu swoich królów, ileż przykrości znosiłeś dla samej tylko ludzkiej chwały! Czyżbyś dla Króla Niebieskiego, Który jest Królem królów i przez Którego Bóg stworzył wszechświat (Hebr 1, 2), Który da ci cześć, chwałę wieczną i wieczne z Nim przebywanie – nie chciał oddać w ofierze swojego życia?”. Wiele innych rzeczy mówił jeszcze męczennik, ale kaci, nie zwracając uwagi na jego słowa, w niemiłosierny sposób męczyli go, łamiąc jego starcze kości. Wreszcie Dżelaldin nakazał rzucić go, na pół martwego, do dusznego i śmierdzącego więzienia, gdzie męczennik bohatersko zakończył swoje ziemskie dni i oddał Bogu swoją świętą duszę. Stało się to w połowie 1227 roku. W taki sposób św. Szałwa bohatersko przeszedł drogę swojego życia, uczciwie służył swoim królom i ojczyźnie, zachował świętą wiarę swoją i w końcu dotarł do bezpiecznej przystani, w której stoi teraz przed obliczem Najwyższego, zanosząc błagania za dzieci Świetej Cerkwi Prawosławnej i żyjąc w słodyczy oglądania Władcy Boga, Któremu należy się wszelka chwała, cześć i uwielbienie teraz i na wieki wieków.

            Wkrótce potem Dżelaldin spustoszył niemal całą Armenię i skierował się ze swoją liczną armią do Tyflisu. Wobec nadejścia niemiłosiernego wroga królowa została zmuszona do porzucenia miasta i przeniesienia się do twierdzy Istimerad (w środkowej Kartalinii). Pozostawiła Tyflis pod opieką dwóch braci – Memnona i Boco z rodu Bocosdzeni. Memnon stanął na czele licznego wojska Tyflisu, Boco zaś na czele garnizonu twierdzy Nissani, zwanej również Metechską. (Stanowiła ona trzecią część ówczesnego Tyflisu). Dżelaldin nadzwyczajnie szybko przyprowadził wojsko pod miasto i otoczył je ze wszystkich stron. Jednakże mimo wszystkich swoich wysiłków nie mógł w żaden sposób go zdobyć; działo się tak na skutek częstych i udanych wypadów, dokonywanych przez wojska gruzińskie. I gdyby nie zdrada Persów, mieszkających w Tyflisie, miasto nie zostałoby zdobyte.

            W południowo-wschodniej części miasta mieszkało bowiem wówczas bardzo dużo Persów, którzy byli poddanymi króla gruzińskiego i zajmowali się rozmaitymi rzemiosłami i handlem. Ci właśnie Persowie oddali miasto w ręce wroga. Ich starszyzna, po naradzie, postanowiła wpuścić do miasta wojsko tożsame z nimi narodowością i wiarą i w tym celu otworzyć południowo-wschodnią bramę miasta, zwaną Gandżis-Kari. Zdradziecki ten zamysł szybko został wcielony w życie. Zdrajcy w tajemnicy posłali do Dżelaldina pewnego Persa z wiadomością o ich planie. Wtedy szach podciągnął swoje wojsko do wspomnianej bramy i czekał na odpowiedni czas. Gdy przyszła umówiona godzina, Persowie tyfliscy otworzyli Bramę Gandżikarską, a wojska szacha bez przeszkód przeniknęły do miasta i natychmiast zajęły wszystkie jego ulice.

            Memnon i Boco nie oczekiwali takiego rozwoju wypadków i byli całkowicie zaskoczeni widokiem wroga na ulicach miasta. Jednakże garnizon gruziński z całą mocą uderzył na Persów. Jak opowiada o tym Katolikos Antoni I, Memnon, walcząc na czele oddziału niósł potężne żniwo śmierci nieprzyjacielowi. Wtedy jeden ze zdrajców Persów puścił halabardę, która uderzyła Memnona w nieosłoniętą głowę i śmiertelnie go powaliła. Miasto, pozbawione ostatniego swojego wodza, upadło i zostało niemiłosiernie splądrowane.

            Zdobywszy miasto drogą zdrady Persowie nie zawładnęli jednak twierdzą Nissani, w której wciąż pozostawał dość silny garnizon gruziński.

            W samym zaś mieście wróg szalał: nie było miłosierdzia ani dla starych, ani dla niemowląt. Bezlitośnie mordowano wszystkich. Również święte dziewice, po bestialskim splugawieniu, były oddawane na pożarcie ognia i miecza. Ponad dziesięć tysięcy chrześcijan zostało wziętych do niewoli i uwięzionych. Miasto przedstawiało obraz rozpaczy. Nie tylko budynki prywatne i królewskie, ale również świątynie zostały spalone i zbeszczeszczone. Persowie nie pozostawili w spokoju nawet kości umarłych. Ofiarą nieludzkiego okrucieństwa stało się duchowieństwo wszystkich szczebli. Mówiąc krótko, Tyflis był teraz podobny do Jerozolimy podczas jej zniszczenia przez Tytusa.

            Królowa Rusudan, która w międzyczasie przeniosła się z twierdzy Istimerad do Kutaisi, usłyszawszy o tych strasznych nieszczęściach, które spadły na Tyflis, nakazała przez swojego wysłannika komendantowi twierdzy – Boco, bratowi zabitego Memnona, aby poddał twierdzę Nissani i zaniechał dalszej walki. Boco, wykonując rozkaz swojej królowej, wyprowadził garnizon i pozostawił twierdzę na łasce wroga. Dżelaldin natychmiast zajął tę ostatnią niezdobytą jeszcze część miasta. Teraz już całe miasto znajdowało się w rękach nieprzyjaciela.

            To, co działo się potem w mieście, niemożliwe jest do opisania. Jak wspomina o tym jeden z pisarzy, miasto zostało obrócone w ruinę, trupy chrześcijan walały się na wszystkich ulicach, a wszystko to, co święte, zostało splugawione przez wrogów chrześcijaństwa. Szach nakazał ściągnąć kopułę z katedralnego Soboru Syjońskiego i na jej miejsce postawić swój namiot, aby z zadowoleniem obserwować mordowanie chrześcijan oraz spalenie i zniszczenie miasta budowanego przez wieki.

            Jednakże plugawy szach nie zadowolił się zrujnowaniem miasta, a dyszał żądzą zislamizowania wszystkich uwięzionych chrześcijan. W tym celu nakazał wynieść z z Soboru Syjońskiego ikony Zbawiciela i Matki Bożej, umieścić je na środku mostu (zwanego teraz Mostem Męczenników, obok niego znajduje się obecnie kaplica św. męczennika Abo), zaś wzdłuż mostu postawił dwa rzędy żołnierzy z obnażonymi mieczami rękach. Następnie rozkazał przyprowadzać po kolei uwięzionych chrześcijan i zmuszać ich do opluwania wystawionych ikon. Ci spośród nich, którzy nie zechcą wypełniać rozkazu szacha, mieli być natychmiast mordowani, a ciała ich miały być zrzucane w szybki nurt rzeki Kury. Postępując w ten sposób szach myślał, że przestraszy uwięzionych chrześcijan, przeciągnie ich na islam i zdobędzie w ten sposób nowych poddanych. Nie wiedział jednak, jaka jest wiara narodu gruzińskiego w Zbawiciela, nie wiedział, że jest ona w stanie przełamać wszystkie próby i nie ugnie się nawet w obliczu śmierci. Pełni takiej właśnie wiary chrześcijanie z radością szli na śmierć i przelewali swoją krew za Zbawiciela Jezusa Chrystusa.

            Gdy wszystko było już gotowe: żołnierze porozstawiani z obnażonymi mieczami, a obok świętych ikon stanęli straszni kaci – wtedy wojsko perskie przyprowadziło do mostu dziesięć tysięcy pojmanych chrześcijan obojga płci, wśród których byli i biskupi, mieszkający w monasterach miasta, i mnisi, i całe duchowieństwo miasta. Jeden z Persów odczytał więźniom rozkaz szacha: „Wielki nasz pan nakazuje wam wyrzec się waszego Chrystusa, porzucić Jego wiarę, a na potwierdzenie tego faktu opluć i podeptać nogami wystawione tutaj ikony. Jeśli posłuchacie, natychmiast zostaniecie przez króla uwolnieni i nagrodzeni. Jeśli zaś nie wypełnicie woli królewskiej, zostaniecie oddani na śmierć. Przyjrzyjcie się nagim mieczom w rękach żołnierzy: ani jedna dusze nie uniknie ich ostrza, wszyscy co do jednego zostaniecie porąbani i zrzuceni w szybki nurt tej oto rzeki (Kury)”.

            Gdy herold zakończył mowę, tłum uwięzionych chrześcijan zafalował. Jedni się cieszyli ze zbliżającego się uwolnienia od doczesnych mąk, w nadziei na to, że wkrótce będą wychwalać Chrystusa razem z Jego świętymi. Inni się weselili tym, że mają możliwość wyznać swoją wiarę przed barbarzyńcami i zapieczętować ją swoją krwią.

            Napełnieni takimi uczuciami wszyscy uwięzieni wykrzyknęli jakby jednym głosem: „My jesteśmy chrześcijanami, dzięki łasce Chrystusowej! Wszyscy zostaliśmy odkupieni tą samą Krwią Chrystusową i nauczeni przez naszych przodków tej samej świętej wiary! Wyznajemy przed wami, że wierzymy w Trójjedynego Boga, Który, w Swojej nieskończonej dobroci, wyzwolił nas z mnóstwa grzechów i nieprawości naszych, a teraz, za nasze odstępstwo od Jego świętych przykazań, posłał nam tę próbę i oddał w niewolę nieprawego i niewierzącego króla, na co w pełni zasłużyliśmy.

            I niezależnie od tego, co się z nami stanie, nie wyrzekniemy się naszego Boga, nie zbuntujemy się przeciwko naszemu Stwórcy, nie oplujemy Jego świętych ikon, gdyż za to oczekuje nas męka wieczna. Aby oczyścić grzechy, które popełniliśmy w ciągu całego naszego życia, jesteśmy w pełni gotowi przynieść samych siebie w ofierze Chrystusowi Bogu naszemu i swoją krwią zaświadczyć twardość i niezmienność naszej wiary w naszego Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Nie myślcie sobie, bezbożni barbarzyńcy, że strach przed śmiercią albo obiecane przez was dary i wolność mogą nas oddzielić od miłości Chrystusa! Nie śmiemy nawet pomyśleć o tym, żeby ktokolwiek ze spędzonych tutaj ludzi mógł się wyrzec Chrystusa i nie wypił do końca kielicha śmierci! Nie! Nie odrzucimy Chrystusa i nie splugawimy Jego świętych ikon, ale wszyscy z radością umrzemy za Jego imię. Oto nasze głowy! Odrąbujcie je, żebyśmy jak najszybciej mogli stanąć przed Boskim obliczem Chrystusa!”

            Po tych słowach wszyscy uwięzieni podniósłszy ku niebu swoje oczy i ręce, zwrócili się do Boga z modlitwą: „Władco Jezu Chryste, Synu i Słowo Boże, bądź nam miłościw, pomóż nam, poprowadź nas na tej drodze i przyjmij w Swoje ręce dusze nasze. Amen”.

            Następnie chrześcijanie byli podprowadzani do ikon, lecz zamiast tego, aby je zbezcześcić, zgodnie z żądaniem Persów, oddawali im należną cześć i pokłon, za co kaci ze wściekłością odcinali każdemu głowę i ciała tak okaleczone rzucali do Kury. W taki sposób za wyznanie Imienia Chrystusowego zostało ściętych rzuconych do Kury całych dziesięć tysięcy więźniów, na skutek czego, wedle świadectwa jednego ze ówcześnie żyjących świadków, można było przejść z jednego brzegu rzeki na drugi po ciałach męczenników, nie mocząc nóg, sama zaś woda rzeki, zmieszana z krwią męczenników miała kolor krwi przez ponad dwa tygodnie.

            Opowieść o tym tragicznym wydarzeniu do dzisiaj przekazują z pokolenia na pokolenie wszyscy rodowici mieszkańcy Tyflisu. Również ja słyszałem je z ich ust. Pewien pobożny Gruzin, Jerzy Chizan opowiadał między innymi, że słyszał od swoich przodków taką historię: „Gdy kat odcinał głowy świętych męczenników i przyszła kolej na pewnego podeszłego wiekiem starca pochodzącego ze wsi, to podszedłszy do ikon, upadł on na kolana i powiedział: „Czyżbym ja, niegodny, śmiał splugawić ikony mojego Boga i Jego Przeczystej Matki? Boże, czyż nie zaschnie mi krtań, zanim wypełniłbym to, czego żądają ode mnie ci niewierni? Nie! Wybacz mi, Boże i przyjmij mnie, Matko Boża, w swoje ramiona”. Z tymi słowami starzec upadł na twarz przed ikoną Matki Bożej i natychmiast oddał ducha. Ale okrutni kaci nie mieli litości nawet nad umarłym już starcem-chrześcijaninem. Podnieśli jego ciało i odcięli mu jego dostojną głowę.

            Potem zaś podprowadzili do ikon pięknego młodzieńca. Objęci żalem z powodu jego piękna i młodości, Persowie zaczęli namawiać go, aby oszczędził swoje życie. „Spluń choćby na bok – mówili Persowie – a zachowasz swe życie!”. Młodzieniec, nie rozumiejąc ciężaru takiego czynu, rzeczywiście splunął na lewo od ikony. Wtedy zaczęli go głaskać, obejmować i cieszyć się z jego powodu. Ale widząc ich reakcję młodzieniec jakby otrzeźwiał i zawołał z przerażeniem: „Boże, co ja narobiłem? Czyż nie podzielę losu moich współbraci, czyż mam być odrzucony od Ciebie i ustąpić przed przeklętym Mahometem? Czyżbym ja jedyny wybawił się z mąk w taki sposób? Nie! Nie odstąpię od moich braci, idę do Ciebie, Boże mój!”. Z tymi słowami młodzieniec wyrwał się z rąk obłaskawiających go Persów, podbiegł do ikon Matki Bożej i Zbawiciela, z gorzkimi łzami upadł przed nimi i zawołał: „O Włodarko, Ty przyjmij mnie pod Twoja opiekę, niczym rozpustnego syna!” – i w tym momencie oddał ducha. Perscy kaci postąpili z tym ciałem, jak i z poprzednim. Odcięli mu przepiękną głowę i rzucili ciało w bystry nurt Kury”.

            W taki sposób ani jeden Gruzin spośród dziesięciu tysięcy więźniów nie zdradził swojego Władcy i Zbawiciela. Wszyscy stanęli przed Tronem Najwyższego, aby przyjąć dobra wieczne i orędować za cały świat.

            Okrutny zaś Dżelaldin w czasie kaźni męczenników siedział w namiocie postawionym na Soborze Syjońskim i z zadowoleniem oglądał widowisko. Po wymordowaniu świętych, które trwało cały dzień, aż do późnego wieczora, na ziemię zstąpił porażający jasnością słup światła, stanął nad mostem i oświecił ciała wszystkich męczenników Chrystusowych. Zaraz potem zaczęło się silne trzęsienie ziemi, w wyniku którego namiot plugawego szacha spadł na ziemię. Od tego czasu most przez Kurę otrzymał nazwę mostu „Świętych Dziesięciu Tysięcy Męczenników Tyfliskich”. Po wymordowaniu świętych męczenników w Tyflisie nie pozostało ludności prawosławnej. Miasto zostało zasiedlone bezbożnymi mahometanami. Po tej napaści Dżelaldina miasto bardzo długo leżało w ruinach, a prawosławne nabożeństwo ustapiło krzykowi mułły na minaretach, wzywającemu muzułman na ich obrzędy.

Reklamy

, , ,

%d blogerów lubi to: